Wczoraj pojechaliśmy odwiedzić znajomych, którzy mieszkają w Fljótshlíð. Z okna ich łazienki erupcję widać cały czas. Ich dom położony jest na wzgórzu i roztacza się z niego wspaniały widok. Po stronie wschodniej widzimy Eyjafjallajökull - lodowiec, pod którym znajduje się wulkan. Chmurka dymu po lewej stronie zdjęcia to właśnie erupcja, która ma miejsce od ponad tygodnia.
Od strony południowej mają widok na ocean i wyspy Vestmannaeyjar.
Spędziliśmy całe popłudnie dyskutując na temat drogi, którą powinniśmy jechać i omawiając plany wypadu.
Wiktor spędził popłudnie na zaprzyjaźnianiu się ze stróżem domu, owczarkiem islandzkim o pięknym imieniu Snorri.
Ja i Paweł wybraliśmy się również na mały spacerek po okolicy i odkryliśmy starą elektrownię wodną przy pięknym małym wodospadzie.
Podczas spaceru towarzyszył nam pies. Sam za nami poszedł i nie opuszczał nas na krok. Kiedy usiedliśmy sobie przy wodospadzie, wylegiwał się na słońcu.
Mimo znacznej odległości wrażenie było wyjątkowe i niezapomniane.
Ogień wystrzelał podobno nawet do 100 metrów w górę.
Im ciemniej się robiło, tym piękniejszy spektakl oferowała nam dzika natura Islandii.
W zupełnej ciemności wulkan wygląda najbardziej imponująco i wiele osób było przygotowanych na spędzenie tam większości nocy.
My jednak zawróciliśmy w kierunku Reykjaviku, chcąc uniknąć problemów z wyjazdem z tłumu samochodowego. Wulkan oglądaliśmy jeszcze przystając po drodze kilkukrotnie. Księżyc oświetlał nam drogę do domu.






