wtorek, 10 lutego 2009

Czasy zamierzchłe...grudzień!!!

Cóż, wstyd chyba pisać w lutym o Bożym Narodzeniu? Wiem, wiem, już prawie Wielkanoc, a ja się dopiero obudziłam... Tak niestety czasem bywa, a teraz lepiej nadrobię zaległości, to może rzeczywiście zdążę przed następnymi świętami!!!


Zacznę więc smutnym stwierdzeniem, że na przełomie 2008/2009 roku opuściła Islandię szóstka naszych przyjaciół. Pusto u nas w domu teraz, oj pusto, nikt nie zagląda, nie dzwoni, nie przychodzi w piątek na film... Hlip, hlip... Czas znaleźć nowych przyjaciół, ale tych nigdy nie zapomnimy... A może nawet kiedyś tu wrócą? Dlatego okres przedświąteczny i całe święta spędziliśmy na pożegnalnych gotowaniach, kolacjach, filmach, grach, zabawach i tym podobnych spotkaniach. Było fajnie, szkoda tylko, że okazja nie była inna.


4 dni przed Bożym Narodzeniem


Gabe pomagał Wiktorowi ubierać choinkę. Jak widać, ozdoby zawisły nie tylko na choince...


Podczas gdy chłopcy ubierali choinkę, ja i Anji upiekłyśmy chyba ze 200 ciasteczek, 3 rodzaje, zeszło nam się większość dnia, wolę nie pamiętać jak wieczorem wyglądała moja kuchnia... Ale ciasteczka się udały!!! (gdybyście się zastanawiali co robił Paweł, to przyjrzyjcie się zdjęciom. No właśnie, nie ma go na nich, bo to on je robił, hehe.)
Po południu trzeba sobie było zrobić przerwę na lunch po czym pędem jechać do Smaralindu, centrum handlowego, gdzie Wiktor miał występ. Tłumy były straszne, taniec super, Wiktor występował pierwszy raz od roku, wtedy jeszcze prawie nie umiał tańczyć, teraz, to co innego!!!






W centrum handlowym, na długaśnym stole stały domki z piernika, co roku jest konkurs na najładniejszą pierniczkową budowlę!

To był dzień!!! Najlepsze jednak było zakończenie: bożonarodzeniowy bufet w Wikingowej Chacie! Podano wszystkie tutejsze specjały: wieloryba, renifera, jagnięcinę, żeberka, pyszną zupę z indyka, pasztet z łososia... Ciężko było wstać od stołu! A do tego przygrywali nam artyści ubrani w stroje Wikingów, nucąc stare pieśni. (Od lewej: Finnur, Wiktor, Joe, Anjali, Lisa, ja, Gabe).

Po kolacji poszliśmy oglądać kolekcję wypchanych ptaków. Jak widać Wiktor broni się od wszelkich przejawów czułości, cóż, taki wiek.

Około 22 bardów zastąpiła całkiem przyzwoita kapela i nawet zatańczyliśmy sobie jakieś tango!!!

Brak komentarzy: